Niestety lato 1939 roku było dla Polski początkiem piekła, piekła które jak się okazało miało trwać ponad 50 lat ! 1 września 1939 roku w godzinach porannych wojska III Rzeszy (Niemiec) zaatakowały Polskę zarówno z morza, jak i na lądzie, przekraczjąc granicę polsko-niemiecką. Rozpoczęła się II Wojna Światowa. Lato było piękne tego roku (Wiadomość utworzona zbyt dawno temu. Odpowiedź niemożliwa.) Bambosze & Gumofilce 2022-10-23 21:06:39 UTC. Permalink. Wariat/"wariat From Wikimedia Commons, the free media repository. Jump to navigation Jump to search. File; File history; File usage on Commons; Metadata Tak jak w wielu miejscach na świecie, tak i w Norwegii gołym okiem widać zmiany. Każdego roku zima, wiosna i lato wyglądają inaczej. Pogoda staje się coraz bardziej niestabilna, o czym warto pamiętać wybierając się na podróż po Norwegii. Wybierając termin wyjazdu, należy przede wszystkim wziąć pod uwagę własne oczekiwania. (A lato było piękne tego roku). I tak śpiewali: Ach, to nic, że tak bolały rany, ()" Konstanty Ildefons Gałczyński , Pieśń o żołnierzach z Westerplatte Kiedy Się Wypełniły Dni I Przyszło Zginąć Latem. Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem, prosto do nieba czwórkami szli żołnierze z westerplatte. Ach, to nic, że tak bolały. Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem… (03) historia i ja… from historiaija.blogspot.com A lato było piękne tego roku. Kiedy Się Wypełniły Dni I Przyszło Zginąć Latem, Prosto Do Nieba Czwórkami Szli Żołnierze Z Westerplatte. Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem. Ach, to nic, że tak bolay rany, bo. Kiedy się wypełniły dnii przyszło zginąć latem,prosto do nieba czwórkami szliżołnierze z westerplattea lato było piękne tego roku. A lato było piękne tego roku". Warto zajrzeć do tej publikacji i znaleźć kolejne, nieznane fragmenty z życia przedwojennego miasta: " Być może to ten sam Poldi, który z domu przy Eichendorffstrasse jedzie do Horst Wessel Oberrealschule przy Yorck Strasse (dzisiejszej Jemiołowej) " - pisała Beata Maciejewska. (A lato było piękne tego roku). I tak śpiewali: Ach, to nic, że tak bolały rany, bo jakże słodko teraz iść na te niebiańskie polany. (A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety.) Autor: Konstanty Ildefons Gałczyński, Pieśń o żołnierzach z Westerplatte Znajdź odpowiedź na Twoje pytanie o Proszę podajcie mi wiersz w któym jest widoczne że dla Polaków nadrzęną roę odgrywała myśl o ojczyźnie. Prosze o szybką odpo… exI4. Kiedy 27 lipca wyruszałam z ukochanym i dziećmi nad Bug, była pełnia lata. Teraz, kiedy piszę niniejszy felieton, na zegarze świata owo lato kładzie się cieniem – metaforycznie rzecz ujmując – gdzieś na godzinie 17, zatem ta najukochańsza pora roku za moment przeminie. 1 września będzie już bliżej 22, po to by w październiku i listopadzie dobić północy. A wtedy pozostanie nam czekać kolejne pół roku na „kiedy ranne wstają zorze”, czyli na 10, a zatem na wiosnę. Tym przewrotnym myśleniem zaraził mnie biologiczny tata dziewczynek, który już drugiego dnia lata stwierdził, że zaraz i tak będzie północ, czyli zima. Jest ono bardzo dalekie od upragnionego przez moją duszę buddyjskiego „zaćmienia”, w którym liczy się tylko tu i teraz, a które jest zarazem największym gwarantem szczęścia. Jednak mimo, że na co dzień bardzo pracuję nad tym, by „puszczać”, „nie przywiązywać się” i „oddychać”, zamiast zdychać z pożądliwości koncentrującej się głównie na wszystkich sukienkach w TK Maxksie, to z latem, czyli tą porą roku, która jest ze wszystkich mi znanych najbardziej barokowa, bo najbardziej obfita, tego właśnie zrobić nie umiem. I tak, kiedy idę po pierwsze czereśnie, w głębi duszy już rozpaczam, że zaraz się skończą. Codziennie pytam pana w warzywniaku na rogu Narbutta i Opoczyńskiej, jak długo te czereśnie jeszcze tam będą. Potem tak samo jest z malinami, kurkami, jagodami, śliwkami – ze wszystkim. Moje córeczki mają ten sam barokowy syndrom nienażarcia. Każda z nas musi mieć swój kilogram czereśni i swoje opakowanie malin, swoje pomidory i wszystko swoje. Jakbyśmy przez połyskujące burgundem, mocno unerwione ciałko czereśni przeczuwały nadchodzącą jesień. A przez jej pestkę – gorycz płynącą z samego przemijania. Jesteśmy wszystkie trzy bardzo zakochane w lecie. Ono nas oszałamia, omamia i wiedzie na pokuszenie: zielenią drzew i szelestem liści, goframi z frużeliną wiśniową w Łazienkach Królewskich, pistacjowymi lodami z Jednorożca, wodą w każdej miejskiej sadzawce i Skaryszaku, gdzie kąpiemy się z małymi pięknymi Cyganami, którzy klną jak szewcy, ale nie tacy zwykli, wulgarni, tylko raczej najbardziej poetyccy z poetów! Jednak pozostawmy pachnącą moczem i mułem sadzawkę w parku Skaryszewskim i udajmy się wreszcie wspomnieniami nad Bug. Wszak to właśnie ta wyprawa miała dla nas znaczenie kosmogeniczne! Jeździmy nad Bug dosyć często. To raptem godzina drogi od Warszawy, a już inna kraina, początek Podlasia. Dzieje się tam coś takiego, co ucisza cały mój barok i wszelką pożądliwość zbytku (to samo dzieje się tam z Mileną i Heleną). I kiedy 27 lipca przyjechaliśmy znowu nad Bug, nasze dzieci w sekundę osiągnęły stan oświecenia i szczęścia. Zero stanu „chciałabym, ałabym, ała”. Zero jęczenia, miauczenia, zero iPada – właściwie zero wszystkiego. Zero bodźców poza tymi, które pochodziły z natury. Przez tydzień krążyliśmy wokół swych orbit, czasem przecinając trajektorię lotu, jednak ani razu nie inwazyjnie, tylko delikatnie i czule, i z wielką uważnością wobec pozostałych członków załogi. Po kilku dniach dojechali do nas nasi przyjaciele buddyści z Wrocławia oraz przyjaciółka Marta z Grodziska. Piszę to po to, by podzielić się z wami następującymi spostrzeżeniami: Po pierwsze, wyprodukowaliśmy wspólnie nieprawdopodobną ilość miłości i dobra, w której moje córeczki taplały się niczym świnie w błocie, zażywając tej energii jak narkoman butaprenu bądź innych substancji odurzających. Po drugie, zjedliśmy nieprawdopodobną ilość grillowanych kabaczków, oberżyn i świńskiej karkówki. Po trzecie, nawdychaliśmy się jodu z rezerwatu Jegiel, który mieliśmy za płotem, jak psy myśliwskie fetoru króliczych bobków służących za trop. Po czwarte, pławiliśmy się w zachwycie nad dziewczynkami (Milenką i Helenką) do tego stopnia, że pewnie urosły o kilka centymetrów, a na moje wtrącenie, że jeszcze nie mówią, Sławuś – buddysta, doktor filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim – rzekł śmiało, pieprząc Kartezjusza w sam łeb: „A na cholerę tyle gadać! I co dobrego po tym gadaniu?”. A ja przyznałam mu nawet rację. I było nam tam jak u Pana Boga za piecem.. Choć zamiast Boga, a może obok Niego, był Budda i był Bug, ta piękna, przepastna rzeka, w której to starorzeczu kąpiemy się od kilku lat. I był Liwiec, rzeka idealna dla dzieci, z wodą po kolana i kolorowymi ważkami wielkości dłoni, jak na weneckiej wyspie Torcello. I były tam sosny i świerki – nasze wzniosłe, wspaniałe katedry, i były żuczki gnojarki, co ciężki ich los, bo to miniaturowa reminiscencja pracy Syzyfa, i były śpiewy fałszerskie z przydrożnej kapliczki. Były też śpiewy białym głosem, choć wyznam prawdę: gdy tylko śpiewać zaczęłam polską pieśń obrzędową „Rzeka”, mój ukochany, wiedźmin jeden, krzyknął na całe gardło przy gościach: „Aga, ty tu sobie srutu-tutu o jakiejś rzece-srece śpiewasz, a Hela się w gacie zesrała!”. Niedziela, 1 września Bergersen, Two Steps from Hell – Heart of Courage .mp3 Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem, prosto do nieba czwórkami szli żołnierze z Westerplatte. A lato było piękne tego roku… O początku II wojny światowej tak pięknie pisał Konstanty Ildefons Gałczyński w swoim utworze „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”. Dziś obchodzimy 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. 1 września 1939 III Rzesza w porozumieniu ze ZSRR dokonała zbrojnej agresji na Polskę na całej długości granicy międzypaństwowej. Symbolem niemieckiego najazdu na Polskę pozostanie Westerplatte, który w powszechnej świadomości i w szkolnych podręcznikach figuruje, jako pierwszy cel hitlerowskiej agresji. W piątek, 1 września o 4:45 pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzelał Wojskową Składnicę Tranzytową na Westerplatte. Wcześniej Niemcy otworzyli ogień w Tczewie. Był tam most zaminowany przez naszych saperów. O 4:34 Luftwaffe zbombardowało teren przy moście, by uszkodzić instalacje saperskie. Eskadra, złożona z 6 bombowców i 6 myśliwców w ich osłonie, obrzuciła bombami także dworzec PKP, koszary, centrum miasta i miejscową elektrownię. Według wielu historyków, 5 minut przed atakiem na Westerplatte miał nastąpić atak na Wieluń. Według innych, o całą godzinę później, tj. o godz. 5:40. Jednak nawet jeśli atak miał rzeczywiście miejsce o godz. 5:40, a nie o 4:40, to Wieluń pozostaje bardzo symbolicznym miejscem. Faktem bowiem jest to, że bombardowanie Wielunia było pierwszą niemiecka zbrodnią wojenną. Niemieckie Luftwaffe bezpośrednio złamało kolejne artykuły konwencji haskiej bombardując Wieluń z zaskoczenia (art. 26. konwencji haskiej), łamiąc jego status miasta otwartego (art. 25.), niszcząc szczególnie chronione nawet w bronionym mieście obiekty, takie jak szpital, miejsca kultu (kościół i synagoga) i zabytki (art. 27) oraz ostrzeliwując z samolotów uciekającą, bezbronną ludność cywilną (art. 23 b). „Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły. Bądźcie bez litości! Bądźcie brutalni! Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie.” Nalot na Wieluń, przeprowadzony przez eskadrę 4 Floty Powietrznej feldmarszałka Wolframa von Richthofena był zapowiedzią wojny, w której nie chodzi jedynie o pokonanie wrogich wojsk i osiągnięcie strategicznych celów, ale o całkowite zniszczenie wroga przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych metod i nie bacząc na ofiary cywilne. Hitler oczekiwał „wojny totalnej” – atak na Wieluń był jej czytelną zapowiedzią. Zbombardowane centrum Wielunia (zdjęcie ze zbiorów Muzeum Ziemi Wieluńskiej w Wieluniu) / Źródło: Domena publiczna Źródło: cytat – słowa Adolfa Hitlera na naradzie dowódców w przededniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow; I było tyle wrzosów na bukiety. Lato które zaczęło się po moim przyjeździe (16 czerwca), skończyło się (22 września), a ja wciąż żyję. Gdyż nieprawdziwe okazały się pogłoski o mojej śmierci termicznej. Wszyscy mi ją zapowiadali. Mówili "teraz to nic, zobaczysz w sierpniu" z nutką szydery i z pewną taką nieśmiałością w głosie. Tak, wszyscy śmiali się z przybysza z Północy. Wątpili w moje zdolności survivalowe. Ale ja jestem jak karaluch, przetrwam wszystko i wrócę ze zdwojoną siłą czułek. Tak też się stało. A potem przyszła jesień i zaczęło się lato. No tak, lato, tylko tym razem takie bardziej polskie jakieś. Z deszczem od czasu do czasu. Z temperaturą umożliwiającą utrzymanie płynów wewnątrz skóry. Ze słońcem niespalającym wszystkiego na skwarek a wręcz umożliwiającym trawie rośnięcie (zasiałem trawę, mam trawę!). Z chłodnymi nocami. Nawet burze ze dwie były! Czyli typowe polskie lato i to takie jedne z lepszych. Naprawdę, żałujcie Wy, którzy do mnie jeszcze nie przyjechaliście co by zobaczyć, że październik to nie tylko Akatar, Aspiryna, koc lub pierzyna. Jest bosko. Co? Wcale nie próbuję odwrócić Waszej uwagi od tego, że nie odzywałem się trzy miesiące. Przyznaję się. Winien. Winny. Wanna. Ale po kolei. Po przyjeździe sióstr Koś (początek sierpnia), w nagrodę za dobre sprawowanie dostałem przymusowe wakacje (środek sierpnia). Mój czas wolny który był zbawienny w czasie pobywania dziewcząt, zamienił się w przymusowe tygodniowe zamknięcie w moim studiu na krańcu świata (wylotówka na Troodos). Koniec sierpnia to powrót do pracy i odpoczynek od prowadzenia treningów wakacyjnych, wypełniony poszukiwaniem sali na regularne treningi. Po znalezieniu skromnego i przystępnego cenowo lokalu w szkółeczce tańcowanieczka Dance Factory (początek września) na Agias Irinis Street, udało mi się również "znaleźć" moje przyszłe nowe lokum, do którego przeprowadziłem się w okolicach zmiany pór roku (wspomniane wyżej 22 września). Lokum pod postacią domku nadawało się jedynie do generalnego sprzątania i wstępnego remontu (połowa września), do którego przystąpiłem przed przeprowadzką. Domek ma zalety: 15 minut spacerem do morza, 5 minut spacerem do lokalizacji treningów numer jeden, 5 minut spacerem do lokalizacji treningów numer dwa (o tym za chwilę), 10 minut samochodem do lokalizacji Laboratorium, w którym pracuję. Oprócz powyższych, domek ów, składający się z pokoju dużego, z pokoju małego będącego jednocześnie przedpokojem, kuchni i łazienki, ma także ogród, w którym mogę dostać figę. Albo tysiąc fig jeśli je sobie pozbieram z drzewa, które tam rośnie. Rośnie też mandarynka na uboczu (mandarynki biorą się z drzewa a nie z Carrefoura, wiedzieliście o tym?), jakieś inne drzewo, które rośnie za daleko żebym mógł je rozpoznać z widzenia, a przed domkiem, na ganku rośnie jeszcze zaś drzewo limonkowe. Limoniada jest więc na porządku dziennym. Ach, gdyby jeszcze można tu było dostać cachacę, albo choćby Desperadosa. Domek też ma wady: oprócz totalnego zaniedbania i konieczności odmalowania wszystkiego, cała lokalizacja była zarośnięta i zaśmiecona gruzem i chwastami i innymi papierami. W ogrodzie nadal stoi kilkaset kilo różnego rodzaju śmiecia, którego nie ma jak wywieźć, bo nikt nie wie gdzie się znajduje coś takiego jak wysypisko śmieci. Po w miarę usprzątnięciu i odmalowaniu dużego pokoju (koniec września, początek października) mogłem zabrać się do bardziej wzniosłych celów, jak organizowanie zajęć, zajęć pozalekcyjnych, promocji, marketingu i PR (22 października). Bo choć co prawda rozszerzyłem ofertę do trzech zajęć w tygodniu (oprócz Dance Factory, także większa sala w siłownio/fitnessie Saint Nicolas Fitness nieopodal Agios Nicolaos Church i Agios Nicolaos Roundabout w dzielnicy Agios Nicolaos - podaj trzy różnice, którym różnią się te obrazki), to jednak rozszerzyć grupy zanadto mię się nię udało i oscyluje ona w okolicach sześciu. Sprawdzają się więc słowa Mestre Bailarino: "zakładanie i prowadzenie grupy do ciężkie zadanie. Za trzy miesiące Augustin zadzwoni do mnie z płaczem, mówiąc że nikt nie chce chodzić na zajęcia". Jeszcze nie zadzwoniłem. W przyszłym tygodniu, mam nadzieję, zakończy się preprodukcja i postprodukcja ulotek i plakatów, zatem będę mógł ruszyć w miasto szerzyć dobrą nowinę. Inaczej, drogie dzieci, w te Święta prezentów nie będzie. Co prowadzi mnie do konkluzji dzisiejszego wydania wiadomości. Nabyłem dziś drogą kupna bilet do Warszawy via Praga (czyli wracam tak jak się tu dostałem). Jeśli chcecie zgotować mnie Rodę (tudzież Rotę) powitalną, transparenty, chleb, sól i zespół pieśni i tańca Mazowsze (Anetka - może być Śląsk. My Ślunzacy musimy trzymać się razem, nie?), to zapraszam na Lotnisko Okęcie, hala przylotów ok. godziny 8:15 AM w środę 21 grudnia. Dobra, wiem że to niezbyt romantyczna godzina, więc mam nadzieję, że chociaż ktoś po mnie wyjedzie. A na zakończenie garść zdjęć i ich nieśmiesznych opisów. Półwysep Akamas i rącza koza. Widok z góry z Góry Troodos na Limassol i suche dżewo. Crossroads bez Britney Spears, ale równie dramatyczne. Kościółek na terenach zalewowych rezerwuaru Kouris. Wschód słońca na plaży McKenzie (tą nad którą samoloty nisko latają a nie ma deszczu). Ta kulka z lewej to nie boja a czyiś na jesieni. Jedna z większych wsi na Cyprze a wygląda jak favela.